BERLIŃSKI POLONIJNY PORTAL INTERNETOWY
Get Adobe Flash player

7 stycznia w Warszawie zmarł Tadeusz Konwicki jeden z najwybitniejszych pisarzy w powojennej Polsce. Autor takich książek jak Mała Apokalipsa, Kompleks Polski, Wschody i zachody księżyca czy Zwierzoczłekoupiór. Miał 88 lat. Konwicki był także reżyserem. Jego najgłośniejsze filmy to Salto, Ostatni dzień lata czy Jak daleko stąd jak blisko. Pisał też scenariusze filmowe. Tadeusz Konwicki został pochowany na Powązkach Wojskowych w Warszawie. W pogrzebie uczestniczył prezydent Bronisław Komorowski, minister kultury Małgorzata Omilanowska oraz liczni przedstawiciele świata kultury i sztuki. O życiu i twórczości Tadeusza Konwickiego, a także o odbiorze polskiej literatury w Niemczech, opowiada KONTAKTOM Judith Arlt, mieszkająca w Niemczech szwajcarska pisarka, badaczka twórczości Konwickiego, która znała się z pisarzem od lat osiemdziesiątych.

Marta Szymańska: Jak zaczęła się Pani przygoda z Tadeuszem Konwickim?

Judith Arlt: W październiku 1983 przyjechałam z Bazylei do Warszawy na staż naukowy. Dostałam dziewięciomiesięczne stypendium wymienialne od szwajcarskiego ministerstwa nauki. To znaczy ja Szwajcarka studiowałam przez ten czas w Polsce, a ktoś z Polski miał dostać odpowiednie stypendium w Szwajcarii. Starałam się dość szybko o przedłużenie pobytu w Warszawie, bo zorientowałam się, że dziewięć miesięcy to za krótko. Zdążyłabym zaledwie „zapoznać się” z językiem. A co z lekturą, z literaturą, z teorią itd.? Chciałam przecież zbierać materiały do pracy magisterskiej. Wstyd powiedzieć, ale pojechałam do Polski naiwna i nieprzygotowana. W końcu zostałam dwa lata. Zjawiłam się w Warszawie 28 października, a tego dnia, o czym wtedy nie miałam oczywiście pojęcia, przypadają imieniny Tadeusza.

 W jakich okolicznościach poznała Pani pisarza? Jak się Pani dowiedziała o Konwickim?

Konwickiego poznałam 7 kwietnia 1984 w jego mieszkaniu na tyłach Nowego Światu. Czyli znaliśmy się co do dnia 30 lat i 9 miesięcy. Cała wieczność! A zaczęło się od tego, że musiałam wybrać w końcu jakiś temat pracy magisterskiej, by efektownie wykorzystać ograniczony czas w Polsce. Wpadłam na Konwickiego, ponieważ wszyscy wtedy mówili, że o Konwickim „na pewno warto” . Wszyscy – to znaczy mój oficjalny opiekun naukowy na warszawskiej polonistyce oraz moja nieoficjalna opiekunka z Instytutu Badań Literackich.

 Od jakiej książki zaczęła Pani poznawać jego prozę?

Lekturę zaczęłam chyba od Sennika współczesnego. Nie pamiętam. Ale na pewno wtedy mało z niego rozumiałam. Chciałam poznać autora i pewnego dnia napisałam do niego list. Adres znalazłam w książce telefonicznej. A zadzwonić nie miałam odwagi. Nie czułam się na tyle pewna w tym języku, by prowadzić rozmowę telefoniczną z nieznanym mi autorem. Ale byłam na tyle bezczelna, że wysłałam list, pewnie pełen błędów. Mieszkałam wtedy na ulicy Kopernika, prawie na przeciwko ulicy Górskiego, czyli tej, na której mieszkał pisarz…

 I co było dalej?

Pan Tadeusz, „chytry Litwin”, człowiek szlachetny, człowiek honoru – o czym wtedy nie miałam zielonego pojęcia – zadzwonił i zaprosił mnie na herbatę. Musiał go w jakiś sposób wzruszyć ten list napisany przez Szwajcarkę. Nie chciał uwierzyć, że sama go napisałam. Stwierdził, że list pisany jest poezją, że właściwie nie jest to list, lecz wiersz na dwie strony. To było jedno – poezja błędów gramatycznych. Po drugie – podczas mojej wizyty w mieszkaniu na Górskiego kot Iwan skoczył mi na kolana i dał się przeze mnie pogłaskać. Pan Konwicki nie wierzył własnym oczom. A ja oczywiście nie byłam w stanie pojąć wagi tej sytuacji. Po trzecie – to, co skłoniło wtedy Konwickiego do tego, że sięgnął po słuchawkę i wykręcił mój numer, to może był po prostu fakt, że przytrafiła mu się Szwajcarka, spadła jakby z nieba i zainteresowała się jego twórczością. Być może był ciekawy, co to za stworzenie.

 Po tych dwóch latach w Warszawie miała Pani ją opuścić, ale tak się nie stało…

Żegnaliśmy się wiele razy. Po dwuletnim stażu w Warszawie miałam wrócić „na zawsze” do swojego kraju. Ale ja tego rajskiego kraju nie lubię. Po napisaniu pracy magisterskiej miałam skończyć „raz na zawsze” z Konwickim. Ale jeden z promotorów zaproponował mi zrobienie doktoratu, bo o Konwickim nadal „na pewno warto”. Po doktoracie od swojego Mistrza dostałam w prezencie polski przekład Pamiętników Malte Lauridsa Brigge Rilkego z taką dedykacją „Kochanej Judith [sic! nigdy przedtem i nigdy potem nie posługiwał się niemiecką formą mojego imienia], która wstępuje na nową drogę (autostradę) życia”. A ja, zamiast oddalić się na tej autostradzie, ciągle wracam. Na Nowy Świat, do Mistrza, do jego książek. Był mi zawsze potrzebny. A on mnie cenił. Nie wiem dlaczego. Nie potrafię powiedzieć, co takiego we mnie widział. Nie jestem w stanie ująć słowami, co nas właściwie łączyło. Wiem tylko, że już go nie ma i muszę dać sobie radę bez niego.

 Jaka książka Konwickiego jest Pani najbliższa? W których słowach dotyka Pani najbardziej?

Trudno mi powiedzieć. Zależy od momentu. Piszę w tej chwili następną książkę o jego twórczości – z perspektywy całkiem innej niż dotąd. I czytam z prawdziwą pasją wszystko od nowa – który to już raz? Za każdym razem jest to inna lektura, inna fascynacja – ale też inna męka. W Nowym Świecie napisał mi w 1986 taką dedykację: „Kochanej Pani Judycie na pamiątkę wspólnej męki”, a w 2005 do pełnego (czyli: nieocenzurowanego) Kalendarza i klepsydry: „Judytko, wszystko wiesz”. Pomylił się – nie wiem wszystkiego. Ale on mnie dotyka każdym słowem. Nie mam ulubionych cytatów.

 Ile książek pisarza zostało przetłumaczonych na język niemiecki? Czy Tadeusz Konwicki jest w Niemczech pisarzem znanym? Mam wrażenie, że nie. Dlaczego?

Na niemiecki zostały przetłumaczone reportaż socrealistczny Przy budowie (1950, Die neue Strecke) oraz powieści Sennik współczesny (1963, Modernes Traumbuch); Wniebowstąpienie (1967, Auf der Spitze des Kulturpalastes); Nic albo nic (1971, Angst hat große Augen); Kronika wypadków miłosnych (1974, Chronik der Liebesunfälle); Mała apokalipsa (1979, Die polnische Apokalipse) i Czytadło (1992, Spaziergang mit einem toten Mädchen) – czyli sporo. Wszystkie pozycje są wyczerpane. W Niemczech Konwicki raczej nie był znany ani uznany. Miał stosunek sceptyczny do niemieckich wydawców, zmienili mu tytuły dość śmiało. Podobno nikt go nie pytał o zdanie ani zgodę. Ubolewał również nad tym, że np. łączniczka Jaskółka w Senniku w niemieckim przekładzie ma na imię Jaskolka – co dla niemieckiego czytelnika jest tylko niezrozumiałym obcym słowem. Takim sposobem cały wątek partyzancki niestety stracił smak i głębię. Można znaleźć inne temu podobne tekstowe uproszczenia lub błędy w tłumaczeniu. Wydaje mi się, że te powieści zostały przetłumaczone w pośpiechu, z powodów koniunkturalnych, a nie z prawdziwego zainteresowania.

 A jak ogólnie odbierana jest w Niemczech literatura Polska? Jacy pisarze są tu popularni?

Kiedyś czytano w Niemczech Nurowską – a nikt w Polsce jej nie znał. Dziś może już wyszła z mody, nie wiem. Popularni teraz są Stasiuk i Tokarczuk. I może Masłowska. Ale to w zasadzie niewiele znaczy. ŚP Reich Ranicki w słynnym kwartecie literackim, w 2000 roku podczas targów książki we Frankfurcie, kiedy Polska była gościem i tematem głównym – pomylił nazwiska autorek, tytuły ich książek, streszczał nie te utwory, o których mowa była itd. Nikt tego nie zrozumiał ani nie zauważył w Niemczech. Ale jak zwykle po tym programie, wszyscy kupili te książki, wszystko jedno co tak zwany „papież literatury” o nich powiedział. Autorki-Polki jednak czuły się niemile dotknięte, obrażone, bo nie zrozumiały mechanizmu współdziałania mediów z rynkiem. Niemcom, jeśli chodzi o tematy polskie, w dalszym ciągu brakuje wrażliwości, ciekawości, empatii.

Ostatnio powstała w Berlinie kawiarnia o nazwie „Katulki z Bzem” (sic!). Nawiązuje do poematu Tomasza Różyckiego pt. Dwanaście stacji. Wbrew pozorom i mimo że sporo Polaków od wieków żyje w tym mieście, kawiarnię „Katulki z Bzem” w Berlinie założyli Włosi. Oni widocznie lepiej od Niemców zrozumieli wyrafinowany smaczek tego słowa – bo zostawili go w oryginale, po polsku. Słowo Katulki brzmi zagadkowo – i taka jest intencja autora: „Kto nie jadł katulki, nic nie wie o życiu” (Dwanaście stacji). Tłumacz chciał dobrze i szukał niemieckiego odpowiednika. W przekładzie owo zdanie brzmi tak: „Wer nie eine Kuller aß, der hat vom Leben nicht gekostet.” (Zwölf Stationen). Niefart jak z Jaskółką w Senniku współczesnym, tylko odwrotnie. „Kuller” w języku niemieckim nie ma znaczenia kulinarnego, jest kulką niejadalną, ze szkła, rodzajem zabawki dla dzieci.

Wracając do Tadeusza Konwickiego. Pisarz od wielu lat nie zabierał głosu. Od wielu lat mówił też o śmierci, umarli niemal wszyscy jego przyjaciele. Czekał na nią. Pani przyjaźniła się z Mistrzem. Jaki miał stosunek do śmierci?

Zanim zaczniemy mówić o jego stosunku do śmierci, trzeba powiedzieć o jego stosunku do życia i do starości. Od lat kokietował, że jest stary i niczego już nie napisze. Od Kalendarza i klepsydry znamy ten lament – a pisząc ten łże-dziennik autor miał zaledwie 48 lat! Czyli to jest ambiwalentna strategia pisarska i ambiwalentny stosunek do życia. W końcu nikomu już nie chciało się wierzyć, że Konwicki rzeczywiście pewnego dnia przestanie pisać. A jednak przestał w pewnym momencie. I zaskoczył wszystkich konsekwencją, z którą milczał. To totalne milknięcie związane było ze śmiercią – ze śmiercią najbliższej mu osoby, żony Danuty. Przestał pisać – a żył jeszcze prawie 20 lat. Uważał starość – tę już prawdziwą, fizyczną, obliczaną w latach, w dolegliwościach, bólach, słabościach – za kompromitację. Uważał, że człowiekowi wypada umrzeć na czas. Nie chciał dla nikogo być ciężarem. Ale mnie się wydaje, że jednak chciał żyć. Lubił to życie i lubił ten świat, jakikolwiek jest. Lubił ludzi, jacykolwiek by byli. Lubił obserwować, co się z nami dzieje, z każdym następnym dniem, z każdą następną chwilą. Odechciało mu się tego komentować, ale nie odechciało mu się na to patrzeć. Póki miał siłę – a miał ją prawie do końca – na swoje codzienne rytuały, na spacery, na kawę u Bliklego, nie chciał odejść. A potem znosił ze szlachetną pokorą to, co każdego z nas czeka.

Konwickiego można czytać na wielu poziomach. Czy sądzi Pani, że czytanie Jego książek może dać coś osobom, które nigdy nie żyły w komunizmie? Ja jestem przekonana, że tak jest!

Oczywiście, ma Pani rację. Powieści Konwickiego są wielopiętrowe, jak Pałac Kultury. Ale nie wiem, czy młody czytelnik dziś zechce sobie zadawać taki trud i wspinać się na 33 piętro, nawet jeśli może wjechać tam windą. Nie wiem, czy młody człowiek, wychowany w czasach internetu i facebooka, może sobie wyobrazić, w jakich warunkach powstały te powieści, jaką rolę odegrała np. cenzura już w procesie twórczym, co dopiero po składaniu tekstu, przed drukiem. Zawsze uważałam, że utwory Konwickiego można też czytać na poziomie apolitycznym, czyli na poziomie czysto artystycznym, literackim. Podczas stażu naukowego ciągle słyszałam, że tylko Polacy są w stanie zrozumieć polską literaturę. Że niby Polacy mają wyłączność na polskość, na romantyzm, na hołd i honor. Wzbudziło to oczywiście mój ogromny sprzeciw. Dlatego może weszłam tak głęboko w tę niepojętą twórczość, wgryzłam się w świat całkiem mi nieznany. Chciałam rozumieć świat, który on opisuje – bo wydawał mi się ogromny, tajemniczy, kolorowy – choć często jest ponury, szary, czarno-biały. Ja należę do tych czytelników którzy chorują na jego książkach, czyli odczuwam wszystko też fizycznie, w brzuchu – a nie tylko głową, intelektualnie, przez rozum. Nie mówiąc o reakcjach psychicznych. Dziś wiem, że chodzi o energię, o napięcie. Odbieram widocznie to, co autor tam włożył i nadbudował. Czasami jest to czysty strach. Np. w powieści Wniebowstąpienie, ale również w wątkach Darka-dusiciela w Nic albo nic. Akcja dzieje się w obszarze nam nieznanym, jakby już po drugiej stronie, między życiem a śmiercią, na pograniczu prawdy i wizji, na pograniczu katastrofy i kabaretu, na pograniczu autentyczności i fikcji. Dla mnie, urodzonej i wychowanej w cichym i czystym kraju, było to (i nadal jest) wszystko niebywale ciekawe, bujne. Dla mnie otwierają się wciąż nowe przestrzenie, nowe doświadczenia, właśnie też cielesne, bolesne.

Jakie życie miał Konwicki? Jakim był człowiekiem?

Nie wypada mi oceniać jego życia. Miał takie, jak wszyscy – trudne, skomplikowane, ale i udane, szczęśliwe. Teraz, po śmierci, tyle chyba mogę powiedzieć, że miał życie spełnione. Był człowiekiem z Wilna, jak zawsze podkreślał. A to znaczy, że miał swoje zasady, był wiernym sobie, nie mówił niepotrzebnie, nie pytał niepotrzebnie. Miał charakter „trudny”, jak kiedyś stwierdziła pani Danuta, jego żona. Był wrażliwy, skromny, nieśmiały a jednocześnie bystry, strasznie niecierpliwy. Nie zniósł głupich pytań. I był coraz bardziej samotny. We Wschodach i zachodach księżyca pisał, że teraz, po pogrzebie teściowej, „nasza” kolei – czyli jego i żony. Pochowali już wszystkich przodków. A Mistrzowi przyszło pochować jeszcze nie tylko żonę lecz też młodszą córkę. Nie wiemy, co to znaczy, dla człowieka! Do mnie często mówił: „Dożyjesz i zrozumiesz jak ja się czuję.” Nie znosił pytań dotyczących jego zdrowia, jego samopoczucia, jego nastroju. Nie odpowiadał, poprosił zawsze o „następne pytanie.”

Konwicki miał wielkie poczucie humoru. Czy może się Pani podzielić z czytelnikami, jakąś historią z Pani życia związaną z pisarzem? Czy kiedyś Panią rozśmieszył, zaskoczył?

On nas ciągle zaskakiwał swoim intelektem, swoją błyskotliwością, swoim szyderstwem. Wzięłam ślub w Warszawie, tak się wtedy dobrze złożyło, że pracowałam w stolicy Polski. Przyszły mąż, berlińczyk, nie chciał ślubu w Berlinie, bo na Weddingu, dzielnicy, w której był zameldowany, jego zdaniem stoi wyjątkowo brzydki ratusz. A ja nie chciałam ślubu w Szwajcarii, bo nie lubię tego kraju. Zawrzeliśmy więc nasze małżeństwo w najpiękniejszym miejscu na świecie, w Pałacu Ślubów w Warszawie. Nie zaprosiliśmy nikogo z naszych rodzin, tylko polskich przyjaciół. No i państwa Konwickich. Pan Tadeusz na miejscu, czyli już w sali, spontanicznie wskoczył w rolę ojca panny młodej. I zwierzył mi się po ceremonii, że biegnąc z tyłów Nowego Światu na Stare Miasto nie wierzył, że ja, „potwór szwajcarski”, rzeczywiście wyjdę za mąż. A z mężem „hitlerowcem” zaczął prowadzić konwersację w płynnej niemczyźnie! Znałam go już prawie dziesięć lat i nigdy ani słowem, ani mrugnięciem oka, nie dał mi wcześniej do zrozumienia, że mówi po niemiecku i jest w stanie cytować Goethego z pamięci!

Co Konwicki myślał o świecie? Wiele razy nazywał nas ludzi, robaczkami….

Znajdzie Pani odpowiedź na to pytanie w jego książkach. Wszystko tam jest dokładnie opisane. Trzeba tylko uważnie czytać. Jesteśmy oczywiście „robaczkami” – biorąc pod uwagę to, że żyjemy w kosmosie, na dnie oceanu powietrznego. Konwicki jednak nie chce umniejszać człowiekowi, pokazując jego nikczemną postać, ani z niego robić bezkręgowca. Odwrotnie. Konwicki chce skierować naszą uwagę na to, czego w normalnym życiu nie dostrzegamy, albo nie doceniamy, chce nam po prostu pokazać wymiar, wielkość kontekstu, w którym istniejemy.

 

Uwaga! W bibliotece znajdującej się w Instytucie Polskim w Berlinie znajduje się duży wybór powieści Tadeusza Konwickiego. W nich czytelnicy mogą znaleźć m.in. takie oto słowa:

„Moje życie można porównać do kawałka gumki, jest bardzo rozciągliwe. Mogę w każdej chwili – jestem do tego przyzwyczajony – oddalić się na zawsze”.

„Chcę być przechodniem, którego człowiek spotyka w życiu i chciałbym pomachać mu, dać mu znak, że nie jest sam”

„Ja zawsze będę widział siebie w każdej sytuacji ze wszystkich stron naraz. Będę zawsze wierny i niewierny. Będę dobry i niedobry. Będę łaknął świętości i może się do niej nigdy nie zbliżę.”

„Każdy ma jakiegoś fioła, a ja mam tylko kłopoty”

„Zachód słońca (…) magiczna pora dnia, co dała mi nieczęstą sposobność zanurzenia się poza horyzont pospolitości w inny wymiar myśli i wzruszeń”

„Ja uwielbiam tragizm sąsiadujący ze śmiesznością. To połączenie oddaje w jakiś sposób nasz byt tutaj.”

„Mam w sobie daleko rozrośnięty gruczoł nudy. Ludzie powiedzcie mi, czy można skonać z nudy????”

„Bądź pozdrowiona nicość, nieistnienie, wieczna pustka. Korzę się przed tobą, tęsknie za tobą i lękam się ciebie. Ja, który trzymam się jedną stopą tej ziemi, co mnie dziwi, zasmuca, a rzadko zdumiewa ulotnym pięknem niczego nie zapowiadającym i niczego nie wróżącym. Ja, którego drobne wichry wydobywające się z pogiętej, pomarszczonej powierzchni ziemi unoszą w stronę nieba, ja który z takim trudem wracam na ziemię, za każdym razem przecierając oczy ze zdumienia, ja chciałbym pozostawić po sobie zwitek wiecznej energii, kłąb trwałych fal, niezniszczalny odcisk na zmarzlinie nieskończoności. Nie powoduje mną pycha ani egoizm. Chciałbym się włączyć kiedyś do całości i zrozumieć choćby cząstkę. Niech moja męka tego mgnienia egzystencji da mi prawo do poznania, chociaż sam nie wiem, jakiego poznania. Odrzuciłem wszystkie przymusy, resztką sił brnę pod prąd, gnębiony codziennie jedną monotonną, natrętną, upokarzającą, bezsensowną myślą: co to znaczy? i co znaczę ja? Bądź pozdrowiony. Ale kto? Ale dlaczego?”

Kalendarz
Październik  2017
Pon Wto śro Czw Pią Sob Nie
   
  1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31  
WPEC is proudly sponsored by
True Media Concepts
 
Pogoda w Berlinie

13°C
odczuwalne 13°C
Pochmurno

Dzisiaj:
18°C / 8°C
jutro sobota niedziela
20° / 9° 15° / 9° 13° / 8°


Data powered by

 
Newsletter
Chcesz otrzymywać od nas elektroniczne wersje czasopism: KONTAKTY, POLONEZ, INFORMATOR oraz aktualne informacje o promocjach w sklepie KLON? Wpisz się na listę subskrybentów!

dzienne wejścia
Pageviews: